piątek, 31 maja 2013

sobota, 25 maja 2013

Nauczyłam się w życiu być smutną. Łatwo przyszło.

Czy odczuwanie radości stoi w sprzeczności z doznawaniem smutku?? Czy to MUSI być tak trudne?

piątek, 17 maja 2013

Chwieję się pijana zmęczeniem, nie mogąc jednak zasnąć. Po nasyceniu grahamką z orzechowym presidentem wrócę do łóżka spróbować na nowo.

Od drugiej do teraz (trochę po 4) wtulona w lampartowy koc zaczytuję się w książkę, na którą "nie mam czasu" za dnia
Za oknem już szaro, pierzaste zaczęły swoje koncerty, co z pewnością nie ułatwi mi zasypiania.
Przynajmniej spróbuję.

Biały zając rozjechał się przy kratkach zagrody jak kupa bezkształtnego śniegu. Brązowy zając w drugim kącie zagrody, uformował się w kwokę i pozuje na dumną matronę. Uwielbiam moje dwa zające. Mogłabym je obserwować bez przerwy. I nie ma w tym przesady.


piątek, 10 maja 2013

Wyczytane w sieci

Tęsknota za patologią nosi w sobie jej znamiona

Czy ja wiem? Ja chyba tęsknię za tym, co dzięki niej udawało mi się choć na chwilę zyskać.



Bo teraz zyski też są, ale innej jakości.

sobota, 20 kwietnia 2013

Utracona jakość życia - permanentnie?

Zadumałam się dziś po obejrzeniu jednego z odcinków serialu "Arrow". Główny bohater w wyniku zatonięcia statku, którym płynął, trafia na tajemniczą wyspę, na której spędza kolejne 5 lat. Na wyspie tej musi się mierzyć z ogromem przeciwności, podejmować trudne decyzje, które na zawsze odciskają piętno w jego osobowości. Następnie nasz bohater, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, powraca do cywilizacji.
Nie ważne, co robi potem. Ważne, jak się czuje. Bohater stwierdza:

Nie tylko straciłem na wyspie 5 lat życia. Utraciłem również radość z życia

Nie trudno mi się było zidentyfikować z gościem. Moja anoreksja to nic innego, jak wieloletnie przebywanie na koszmarnej wyspie, na której na każdym kroku czyhają niebezpieczeństwa, gdzie każdy dzień wymaga, by walczyć o przetrwanie. "Utraciłem również radość z życia" - te słowa uderzyły mnie szczególnie.

To ja. Dziś. Obdarta ze złudzeń, bezbronna, starająca się, walcząca, wygrywająca z chorobą. Nie mająca jednak nic w zamian.

Wiem, że życie jest ciężkie, nie tylko dla mnie. To atrybut życia nieobcy dla większości ludzi, o ile nie wszystkich.

Coraz bardziej otwieram się na ludzi, zmieniam się. Czuję satysfakcję, ale - nigdzie nie ma radości. Zdobywam przyjaciół, zacieśniam więź z mężem - a wszystko to jest takie...puste. O smaku trocin.
Staram się żyć tak, jakbym żyła, gdybym miała do życia motywację. Robię coś tam, bywam gdzieś tam...ale to wszystko nie ja.

Nie ja
nie ja...

Wieczna, nieustępliwa zima. Zero kolorów. życie bez barw. Ile takie życie może w ogóle trwać??
..........

sobota, 9 marca 2013

Do or die

Od jakiegoś (długiego) czasu cierpię na zupełny brak weny, a kreatywność to dla mnie zadanie równie wykonalne, co nauka czytania w języku chińskim. 

Coś przylazło i wyłączyło mi w mózgu obszar odpowiedzialny za motywację, świeżość umysłu, ogólnie wszystko to, co można by nazwać chęcią do działania.

Ten stan trwa już długo, za długo. A wyjść z niego nie potrafię, bo już nie pamiętam, jak było wcześniej.  I jak to w ogóle jest mieć głowę pełną pomysłów i treści bardziej ambitnych, niż "nie wiem", "nie potrafię", "o Boże, o co w tym chodzi" oraz "..."

Nie bardzo jarzę kim była ta nastolatka, która pisała i ilustrowała komiksy, opowiadania, projektowała i marzyła, że kiedyś będzie grała w teatrze.

Nie wiem, czy to choroba zabrała mi całą esencję życia, czy to z wiekiem tak się dzieje z człowiekiem, że płowieje? A może jedno i drugie...chociaż całkiem możliwe, że żadne z powyższych. Może po prostu coś, coś się w moim mózgu zepsuło lub przestało stykać. 

Dziwny stan się mię trzymię, do cholery.

(post miał być chyba trochę o czymś innym, bo ten tytuł taki bez sensu został. ale, jak pisałam, deficyt weny, nie mam pomysłu na zmianę)

sobota, 23 lutego 2013